Wywiad z Williamem „Billem” Dembskim, cz. 1Czas czytania: 18 min

2021-08-04
Wywiad z Williamem „Billem” Dembskim, cz. 1<span class="wtr-time-wrap after-title">Czas czytania: <span class="wtr-time-number">18</span> min </span>

Wywiad w 2012 roku przeprowadził dobry przyjaciel i współpracownik Williama Dembskiego, James Barham. Rozszerzoną wersję rozmowy opublikowano w 2016 roku na edukacyjnej stronie internetowej TheBestSchools.org. Ostatnia aktualizacja, która miała miejsce w sierpniu 2019 roku, ukazała się na stronie BillDembski.com.

Obecnie William A. Dembski zajmuje się zagadnieniami sytuującymi się na pograniczu wolności, technologii i edukacji. Podejście tego amerykańskiego filozofa do edukacji dobrze widoczne jest w jego It Takes Ganas [Niezbędny jest zapał], napisanej w 2016 roku biografii Jaime’ego Escalante, nauczyciela matematyki w liceum. Uczony rozwija także technologie edukacyjne, takie jak GhostDetect, program wykrywający ghostwriting, oraz Magnifying the Universe, aktualizację wideo Powers of 101.

Dembski – czołowy teoretyk projektu – nim zajął się edukacją, publikował na temat teorii inteligentnego projektu (ID) artykuły w recenzowanych czasopismach matematycznych, inżynieryjnych, filozoficznych i teologicznych. Napisał także lub zredagował ponad dwadzieścia książek.

We Wnioskowaniu o projekcie, pierwszej książce o teorii inteligentnego projektu opublikowanej przez wiodące wydawnictwo uniwersyteckie, analizował związki między przypadkiem, prawdopodobieństwem i inteligentną przyczynowością2.

W 2000 roku założył Michael Polanyi Center na Baylor University – pierwszy akademicki think tank zajmujący się teorią inteligentnego projektu. Jako teoretyk projektu prowadził liczne wykłady na temat tej koncepcji, występując w wielu programach radiowych i telewizyjnych, w tym w ABC’s Nightline i w The Daily Show Jona Stewarta.

 

Początki

James Barham: Słyniesz z wszechstronności i wciąż podejmujesz nowe wyzwania, ostatnio zająłeś się kwestią reformy edukacji. Jesteś matematykiem, filozofem, teologiem i wyjątkowo płodnym pisarzem. Mimo że oficjalnie przeszedłeś na emeryturę jako teoretyk projektu, wciąż jesteś uznawany za czołowego przedstawiciela teorii inteligentnego projektu. Ruch Inteligentnego Projektu przeprowadził publiczny i wysoce kontrowersyjny atak na powszechnie przyjęte neodarwinowskie ujęcie ewolucji. Wpływ tego wydarzenia jest nadal odczuwalny. Mamy więc do omówienia dużo spraw.

Zacznijmy jednak od początku. Gdzie się urodziłeś i wychowałeś? Czy dojrzewałeś w środowisku akademickim? Co popchnęło cię na drogę zdobywania stypendiów, pisania, nauczania?

 

Bill Dembski: Dziękuję za możliwość udzielenia tego wywiadu, chyba najobszerniejszego ze wszystkich, których udzieliłem do tej pory. Urodziłem się 18 lipca 1960 roku w Chicago (szpital St. Mary of Nazareth w dzielnicy Bucktown). Mój tata pochodził z Chicago3. W wieku siedmiu lat sprzedawał gazety na ulicach Chicago – to były czasy wielkiego kryzysu, a dodatkowo dziadek porzucił rodzinę. Tata był weteranem II wojny światowej; przerwał naukę, ale po wojnie ukończył szkołę średnią w przyspieszonym tempie dzięki ustawie G.I. Bill4. Następnie zaczął studia na University of Illinois.

Mimo że pochodził z rodziny robotniczej, to pokochał życie akademickie. Zrobił licencjat z biologii, następnie napisał pracę magisterską. Ukończył też studia pedagogiczne, wszystkie na University of Illinois. Następnie, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, uczył w liceum w rejonie Chicago. Wciąż był kawalerem i kochał uczyć biologii, dlatego w 1957 roku zdecydował się na wyjazd na stypendium Fulbrighta do Niemiec. Tam poznał moją matkę, która była obywatelką Niemiec. Pobrali się w 1958 roku, a rok później przenieśli się do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie ojciec zaczął uczyć biologii na University of Illinois w Navy Pier (który przekształcił się w University of Illinois w Chicago Circle, a następnie – i tak jest do dzisiaj – University of Illinois w Chicago).

Wtedy – w przeciwieństwie do obecnych czasów – posiadanie stopnia doktora nie było niezbędne, by uczyć na poziomie uniwersyteckim, jednak przełożeni ojca z University of Illinois namawiali go, by zrobił doktorat. Okazało się, że należało się mocno nagimnastykować, aby w USA otrzymać ten tytuł, dlatego ojciec zdecydował się wrócić do Niemiec i doktoryzować się na Uniwersytecie w Erlangen, czyli w mieście, gdzie poznał moją mamę. W Europie praca nad doktoratem skoncentrowana jest bezpośrednio na badaniach i nie wymaga tyle wysiłków związanych z kursami, egzaminami kwalifikacyjnymi i innymi przygotowaniami (co w przypadku taty, mającego już dwa dyplomy magistra, oznaczałoby dużo dodatkowej, zbędnej pracy).

Ojciec miał czterdzieści lat, kiedy w 1963 roku rozpoczął studia doktoranckie, a ich ukończenie zajęło mu trzy lata. Przez trzy lata przed doktoratem rodzice zaoszczędzili 10 tysięcy dolarów. Ja tego nie pamiętam, ale mówiono mi, że przed wyjazdem do Erlangen wydawaliśmy zazwyczaj 50 centów dziennie na jedzenie. Nie mieliśmy samochodu, a tata codziennie dojeżdżał do pracy w Chicago transportem publicznym. W Niemczech rodzice ostrożnie gospodarowali pieniędzmi. Byłem jedynakiem. Kiedy przybyliśmy do Europy, miałem trzy lata. Moi rodzice natychmiast kupili szarego Volkswagena Garbusa, którym jeździliśmy przez następne trzy lata. Wydaje się to niesamowite, że za 10 tysięcy dolarów cała rodzina mogła utrzymać się przez tak długi czas, kiedy mój ojciec całkowicie poświęcał się pracy nad doktoratem. Oczywiście, kurs wymiany marki niemieckiej do dolara amerykańskiego był wtedy bardzo korzystny (cztery do jednego), ale nawet biorąc pod uwagę inflację, nadal trudno w to uwierzyć.

Kiedy w 1967 roku nasza rodzina wróciła do Stanów Zjednoczonych, kraj wyglądał zupełnie inaczej niż przed wyjazdem. University of Illinois, który zachęcał tatę do zrobienia doktoratu, nie zaproponował mu zatrudnienia – z powodu, jak mu powiedziano, „niefortunnego zbiegu okoliczności”. Jego stanowisko zostało zajęte przez młodego doktora z Harvardu. Tata prowadził więc zajęcia w City Colleges of Chicago. Na kampusie, w którym uczył, sytuacja była bardzo napięta z powodu konfliktów na tle rasowym. Wykładowcy padali ofiarą napaści, dochodziło nawet do zabójstw. Był to okres, w którym zamordowano Martina Luthera Kinga. Czarne Pantery, w swych beretach i z kulami kalibru 50 zawieszonymi na szyi, zakłócały zebrania wykładowców, a nawet zmusiły dyrektora szkoły do rezygnacji z funkcji. Gdy w tamtych czasach tata wracał z pracy później niż zwykle, mama pocieszała mnie, że jeśli zostanie zabity, to przynajmniej ona będzie dalej przy mnie. Pamiętam wybuchające na tle rasowym zamieszki i widok z naszego wieżowca w Uptown na płonącą Madison Avenue.

Kiedy tata prowadził zajęcia w City Colleges of Chicago, mogłem na własne oczy zobaczyć ciemną stronę akademickiej polityki, samolubność nauczycielskich związków zawodowych i upadek standardów nauczania. Widziałem też, jak słabnie miłość mojego taty zarówno do zawodu nauczyciela, jak i do badań. Uczucie to nie umarło w nim całkowicie tylko dlatego, że kochał swoich studentów i odczuwał ogromną satysfakcję, widząc, jak otwierają się ich umysły mimo wypaczonej filozofii edukacji i starań skorumpowanej administracji, by zaszkodzić nauczaniu. Oglądanie tego na własne oczy spowodowało u mnie duży niesmak i prawdopodobnie bardziej niż cokolwiek innego przyczyniło się do mojej niechęci do podążania w pracy intelektualnej za trendami panującymi w środowiskach akademickich, za co zapłaciłem swoją cenę.

Pomimo ambiwalentnego stosunku do uniwersytetu, znajdował się on zawsze w centrum mojego życia. W świecie dyskusji i idei czułem się zadomowiony. Zawsze też dobrze sobie radziłem w warunkach akademickich, przynajmniej dopóki nie zacząłem się narażać i kwestionować darwinizmu. Życie zorganizowane wokół zdobywania stypendiów, pisania i nauczania było więc dla mnie naturalnym wyborem. Mniej naturalnie potoczyło się to wszystko dalej i wielu rzeczy można było prawdopodobnie uniknąć.

Moi rodzice wciąż żyli, kiedy wywiad ten został przeprowadzony w styczniu 2012 roku, a następnie uzupełniony w maju 2016 roku. Dziś oboje już nie żyją, tata zmarł w 2017 roku, a mama rok później. Wspomnienia o nich zamieściłem na blogu: William J. Dembski (1 lipca 1923 – 17 października 2017)Ursula Dembski (21 grudnia 1931 – 15 lipca 2018).

 

Wychowanie religijne

JB: W jakiej tradycji religijnej się wychowałeś? Czy był taki czas w Twoim życiu, kiedy wątpiłeś w istnienie Boga? Jakie wydarzenia doprowadziły do Twoich obecnych poglądów i przynależności religijnej?

 

BD: Generalnie zostałem wychowany w tradycji rzymskiego katolicyzmu, z silnym naciskiem na słowo „generalnie”. Po prostu zaliczałem wymagane etapy w wyznaczonych terminach, przystępując do pierwszej komunii świętej w wieku siedmiu lat i do bierzmowania w wieku lat trzynastu. Na msze chodziliśmy bardzo sporadycznie. Odrzuciłem wiele standardowych doktryn, takich jak boskość Chrystusa i realność piekła. Nie pamiętam, co myślałem wtedy o zmartwychwstaniu Chrystusa, chociaż wiem, że nie wykluczałem go tak po prostu.

Do siódmej klasy włącznie chodziłem do szkół publicznych. Klasy od czwartej do siódmej spędziłem w Evanston, szkole średniej uznawanej za bardzo dobrą, a w tamtym czasie nawet za jedną z najlepszych publicznych szkół średnich w całym kraju. Niemniej jednak kiedy się tam znalazłem, liberalna i świecka filozofia wychowania zdążyła całkowicie podważyć system szkolnictwa panujący w tych szkołach.

Tamtejszą dyscyplinę można śmiało określić jako beznadziejną. Ciągle byłem napadany i wdawałem się w bójki, których nie rozpoczynałem. Pamiętam, jak raz podczas przerwy na dworze ścigał mnie chłopak z kijem baseballowym, chcąc go na mnie wypróbować. Kiedy rzucił nim we mnie, próbowałem złapać kij i następnie mu nim przyłożyć, tak byłem wściekły. Nie byłem jednak na tyle zręczny, aby to zrobić, więc tylko uciekłem do budynku. Patrząc wstecz, myślę, że to łaska Boża, że nie uderzyłem go w głowę.

Pamiętam też, jak innym razem jeden chłopiec czekał przed szkołą, by mnie pobić, a naokoło niego dziesięciu jego towarzyszy niecierpliwiło się na ten spektakl. Wszyscy stali na zewnątrz, dobrze widoczni i z wyraźnym zamiarem. Tak się złożyło, że zastępca dyrektora akurat przechodził obok. Wskazałem więc na tych chłopaków, którzy chcieli mi zrobić krzywdę. Zamiast zareagować, tylko popchnął mnie w stronę drzwi. Byłem strasznie oburzony. Zamiast wyjść tą stroną, poszedłem na sam tył szkoły i wróciłem do domu naokoło. Takich incydentów było znacznie więcej.

Jednak pomimo znęcania się, którego doświadczałem, rodzice nie pozwalali mi na rezygnację z tego rodzaju szkoły. Mój tata, jak wspomniałem, pochodził z niższych klas społecznych i najlepsze, co mógł mi zaoferować, to rady, jak walczyć i się bronić. Rozmawiał także z administracją szkoły w mojej sprawie, ale to nic nie dawało. Tym, co ostatecznie przekonało rodziców, by zabrać mnie z tej szkoły, był całkowity rozkład programu nauczania w siódmej klasie.

Moi rodzice przyszli na dzień otwarty do mojej nowej szkoły. W sali, gdzie odbywały się lekcje przedmiotów ścisłych, na dużym znaku przyklejonym do tablicy widniało słowo „nibynóżki” napisane z błędem. Okazało się, że za błędnym zapisem stał sam nauczyciel przyrody – biorąc pod uwagę, że tata był profesorem biologii, taka literówka to poważne uchybienie. Na lekcjach matematyki nie było podręcznika ani sprecyzowanego programu. Kiedy ojciec zapytał, co przerabiamy, nauczyciel tylko wzruszył ramionami.

Wciąż pamiętam te lekcje matematyki. Było to w roku 1972, czyli jeszcze przed epoką kalkulatorów. Szóstkę za semestr jesienny można było uzyskać, opanowując liczenie na palcach silni z sześćdziesięciu, to znaczy za pomnożenie jeden razy dwa, razy trzy i tak dalej, aż do sześćdziesięciu, co dawało wynik w postaci osiemdziesięciocyfrowej liczby. Była to typowo bezsensowna, żmudna praca. Po powrocie z dni otwartych rodzice postanowili zabrać mnie ze szkoły publicznej i wysłać do katolickiej.

Zwracam uwagę na to wydarzenie, ponieważ pomaga ono w jakimś stopniu wyjaśnić moją przekorę. Zacząłem nienawidzić permisywnej i świeckiej filozofii, którą uważałem za odpowiedzialną za głęboki nonsens, jaki musiałem znosić w Evanston, i która zbudowała tak przytulny dom dla darwinowskiego naturalizmu.

Ktoś mógłby pomyśleć, że to uczęszczanie do szkół katolickich zindoktrynowało mnie i przekonało do tej formy chrześcijaństwa. To jednak nie tak. Byłem myślącym dzieckiem i miałem poważne wątpliwości religijne. Zakonnice z Hardy Prep w Chicago, jak się okazało, nie były zainteresowane odpowiedzią na moje pytania.

Pamiętam, jak przygotowując się do bierzmowania w ósmej klasie, musiałem napisać list do biskupa. Miał to być typowy list z podziękowaniami. Ja jednak postanowiłem skorzystać z okazji i wyrazić swoje wątpliwości odnośnie do sakramentu bierzmowania. Napisałem, że naprawdę nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, i wyraziłem nadzieję, że pewnego dnia się to zmieni (i rzeczywiście później tak się stało). Zakonnica odpowiedzialna za przekazanie listu odesłała mi go i kazała usunąć moje dociekania, co zamieniło list w zwyczajową papkę. Nie wzięła mnie też na bok, żeby odnieść się do moich wątpliwości.

Prywatna szkoła średnia w Portsmouth Abbey na Rhode Island była lepsza. Ja jednak do tego czasu odpłynąłem w kierunku filozofii Wschodu i tego, co później nazwano New Age. Kiedy po trzech latach opuściłem liceum, aby studiować na University of Chicago, w ankiecie pytano mnie o moje preferencje religijne. Wpisałem: hinduizm.

Z perspektywy czasu brzmi to trochę niedorzecznie, ale w tamtym czasie właśnie tak wyglądały moje poglądy religijne. Kiedy po ukończeniu pierwszego roku opuściłem szkołę katolicką, nie miałem zamiaru wracać do rzymskiego katolicyzmu ani do jakiejkolwiek formy chrześcijaństwa. Wydawało mi się ono całkowicie pozbawione mocy i oderwane od rzeczywistości. Pamiętam, że świadomie zamknąłem drzwi przed chrześcijaństwem.

Rodzice nigdy nie narzucali mi religii. Dla mojej matki Jezus zawsze był ważny – wydaje się, że jako młoda dziewczyna przeżyła coś w rodzaju objawienia. Jednak potem, w szkole, czytając Hermanna Hessego, straciła jakąkolwiek tradycyjnie pojmowaną wiarę chrześcijańską. Mój tata od czasu do czasu chodził na mszę katolicką sam – sądzę, że znajdował tam jakiś spokój ducha. Jego myślenie zawierało jednak bardzo wiele świeckich elementów. Nigdy nie był dogmatycznym darwinistą, ale jednym z jego ulubionych cytatów stało się powiedzenie Roberta Greena Ingersolla: „w naturze nie ma ani nagród, ani kar, są tylko konsekwencje”.

Dopiero dwa lata po ukończeniu szkoły średniej w 1979 roku sprawy chrześcijaństwa stały się dla mnie naglące. Chociaż nigdy nie byłem ateistą, to zawsze miałem ogromny problem ze zrozumieniem tego, jak Bóg może nawiązać sensowną, znaczącą relację z ludzkością. Bóg to istota doskonała, ludzie natomiast żyją w cierpieniu. Skąd więc Bóg może wiedzieć naprawdę, czego doświadczamy? Kiedy rozważałem tę kwestię, wcielenie Chrystusa w końcu nabrało dla mnie sensu. Co ciekawe, gdy uczęszczałem do szkół katolickich, świadomie odrzucałem boskość Chrystusa, by następnie idea Boga stającego się człowiekiem w Jezusie przyniosła nagle odpowiedzi na moje najgłębsze pytania.

Niedługo potem zostałem chrześcijaninem. Miało to miejsce w szeroko pojętych kręgach ewangelickich, w których od tamtej pory pozostaję.

 

Wątpliwości co do niekierowanej ewolucji

JB: Nawet Richard Dawkins i Daniel Dennett swobodnie przyznają, że jeśli idzie o żywe istoty, ma się wrażenie, jakby były zaprojektowane. Kiedy Ty po raz pierwszy zacząłeś wątpić, że teoria doboru naturalnego jest w stanie odpowiednio to wyjaśnić?

 

WD: Zabawne – zwłaszcza w kontekście mojej pracy nad teorią inteligentnego projektem – jest to, że teoria ewolucji nie odegrała żadnej roli w moim nawróceniu na chrześcijaństwo. Ojciec był ewolucjonistą. Wykładał teorię ewolucji na poziomie akademickim. Często żartował, że kilka milionów lat temu huśtaliśmy się na drzewach. Aprobowałem teorię ewolucji, pozostając jednocześnie chrześcijaninem, i nie widziałem żadnego fundamentalnego konfliktu między tymi dwoma ujęciami.

Już jako chrześcijanin zacząłem czytać literaturę kreacjonistyczną (wtedy nie można było jeszcze mówić o istnieniu literatury dotyczącej teorii inteligentnego projektu) i dostrzegałem napięcie między darwinizmem a bardziej konserwatywnym odczytaniem Pisma Świętego obowiązującym w kręgach ewangelikalnych, w których się obracałem. Ale tym, co w moim przypadku zadecydowało przeciwko darwinizmowi, nie była jego niezgodność z jakimkolwiek akceptowanym przeze mnie rozumieniem chrześcijaństwa.

Myślałem wówczas w sposób następujący: wszyscy mamy pewne rozeznanie co do tego, co mieści się w granicach przypadku, a co nie. Jeśli wezmę monetę, która nie jest sfałszowana, i rzucę nią trzy razy, łatwo sobie wyobrazić, że wyrzucę trzy reszki z rzędu. Mógłbym wyrzucić reszkę nawet dziesięć razy z rzędu, jeśli mam godzinę lub dwie na rzucanie monetą. Ale przypadkowe wyrzucenie stu, nie mówiąc już o tysiącu reszek z rzędu wydaje się całkowicie absurdalne.

Kiedy w 1980 roku czytałem teksty traktujące o pochodzeniu życia, całkowicie śmieszny wydawał mi się pogląd, że pozostawione same sobie reakcje chemiczne mogłyby doprowadzić do powstania czegoś takiego. Po tym, jak wyjaśnienia naturalistyczne przestały być dla mnie przekonywujące, ten sam los podzielił darwinizm, który opisuje dalsze koleje historii życia. Tak naprawdę, jeśli usunąć naturalistyczną podporę darwinizmu, świadectwa przemawiające na rzecz niekierowanej formy ewolucji okazują się rozczarowujące. Phillip Johnson pokazał to trafnie w Darwinie przed sądem5. Podobnie jak inni autorzy. W rok po moim nawróceniu na chrześcijaństwo doszedłem do tego samego wniosku.

Moja sytuacja była dokładnie odwrotna do sytuacji Lee Strobela. Stracił on wiarę w Boga, kiedy w liceum dowiedział się o eksperymencie Millera-Ureya pokazującym, że pewne podstawowe elementy składowe żywych układów mogą zostać wytworzone przez przypadkowe reakcje chemiczne. Miller błędnie wywnioskował, że życie można łatwo uformować bez jakiegokolwiek rzeczywistego projektu lub teleologii. Dla mnie było to absurdem, że przypadkowe reakcje chemiczne mogłyby stworzyć cokolwiek, co choćby odrobinę mogłoby przypominać złożoność komórki. W ten sposób chemiczna, a potem darwinowska ewolucja przestały mnie przekonywać.

Następnie wraz z Jonathanem Wellsem napisaliśmy książkę How to Be an Intellectually Fulfilled Atheist (Or Not) [Jak być spełnionym intelektualnie ateistą (albo nie)]6. Jej tytuł nawiązywał do stwierdzenia Richarda Dawkinsa, że dopiero Darwin sprawił, że ateizm stał się intelektualnie satysfakcjonującą doktryną7. Książka omawia aktualny w 2008 roku stan badań nad pochodzeniem życia i potwierdza, że moje intuicje z wczesnych lat osiemdziesiątych były słuszne. Późniejsze badania nie przyniosły żadnych postępów w rozwiązaniu tego problemu. Nie ma spójnego naturalistycznego opisu pochodzenia życia. Tak naprawdę chemia, na której opiera się życie, jeśli rozpatrywać ją poza teleologią, nie wykazuje tendencji do tworzenia indywidualnych biomakrocząsteczek niezbędnych do życia, nie mówiąc już o skupieniu ich wszystkich razem w komórce.

William A. Dembski, James Barham

— Koniec części pierwszej —

 

Oryginał: Bill Dembski Interview, billdembski.com, August 6, 2019 [dostęp 14 VII 2021].

 

Przekład z języka angielskiego: Krystian Brzeski

Ostatnia aktualizacja strony: 04.08.2021

 

 

 

Przypisy

  1. Chodzi prawdopodobnie o znany krótki film pokazujący Wszechświat w mikro i makroskali: https://www.youtube.com/watch?v=0fKBhvDjuy0 (przyp. tłum.).
  2. Por. W.A. Dembski, Wnioskowanie o projekcie. Wykluczenie przypadku metodą małych prawdopodobieństw, tłum. Z. Kościuk, „Seria Inteligentny Projekt”, Fundacja En Arche, Warszawa 2021.
  3. W.A. Dembski: Mój tata urodził się w Chicago w 1923 roku (zmarł w 2017 roku w wieku 94 lat). Do szóstego roku życia mówił tylko po polsku, dopiero później nauczył się angielskiego. W tym czasie Chicago było miastem z największą populacją Polaków na świecie zaraz po Warszawie. Ojciec mojego taty urodził się w Polsce, a mama taty była z pierwszego pokolenia urodzonego w USA (więc jej rodzice urodzili się w Polsce). Byłem z rodzicami w Polsce w 1973 roku, kiedy to odwiedziliśmy kuzyna taty w Warszawie (Ryszarda Dembskiego – był lekarzem, podobnie jak jego żona, której nazwiska, niestety, nie pamiętam). Ta informacja uzupełniająca została przesłana przez W.A. Dembskiego, który zgodził się na jej upublicznienie [przyp. red.].
  4. Właściwie Servicemen’s Readjustment Act of 1944 – ustawa gwarantująca szereg korzyści dla weteranów II wojny światowej (przyp. tłum.).
  5. Por. P.E. Johnson, Darwin przed sądem, tłum. P. Drygas, „Seria Inteligentny Projekt”, Wydawnictwo En Arche, Warszawa 2020.
  6. W.A. Dembski, J. Wells, How to Be an Intellectually Fulfilled Atheist (Or Not), Intercollegiate Studies Institute, Wilmington 2008.
  7. Por. R. Dawkins, Ślepy zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, tłum. A. Hoffman, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994, s. 28 (przyp. tłum.).

Literatura:

Dodaj komentarz



Najnowsze wpisy

Najczęściej oglądane wpisy

Wybrane tagi