„Co to jest darwinizm?”, Na Poczatku… lipiec-sierpień 2000, nr 7 (131-132), s. 197-211

Phillip E. Johnson

„Co to jest darwinizm?”, Na Poczatku… lipiec-sierpień 2000, nr 7 (131-132), s. 197-211

Istnieje popularny teleturniej zwany „Va banque”, gdzie zwykły porządek rzeczy jest odwrócony. Biorący udział w tej grze zamiast odpowiadać na zadawane pytania, słyszą odpowiedzi, na podstawie których mają sformułować właściwe pytania. To podejście ma zastosowanie w prawie, nauce, niemal wszędzie. Ważną rzeczą nie jest znajomość wszystkich odpowiedzi, ale raczej zadanego pytania.

Swoje badanie darwinowskiego ewolucjonizmu i jego stosunku do przyrody zaczynam właśnie od tego, ponieważ darwinizm jest odpowiedzią na dwa bardzo różne rodzaje pytań. Po pierwsze, teoria darwinowska mówi nam, w jaki sposób może się rozwinąć pewien poziom zróżnicowania form żywych, kiedy już istnieją różne typy skomplikowanych żywych organizmów. Jeśli mała populacja ptaków przeniesie się na przykład na odizolowaną wyspę, kombinacja chowu wsobnego, mutacji i doboru naturalnego może spowodować, że ta zamknięta populacja wytworzy cechy inne od posiadanych przez resztę ptaków, które żyją na kontynencie. Kiedy teorię tę rozumie się w tym ograniczonym sensie, ewolucjonizm darwinowski nie prowadzi do żadnych kontrowersji i nie ma żadnych istotnych filozoficznych czy teologicznych implikacji.

Ewolucyjni biologowie nie zadowalają się jednak tylko wyjaśnianiem, jak w określonych granicach pojawiają się odmiany. Mają aspiracje, by odpowiadać na znacznie szersze pytanie: jak mianowicie powstały tak skomplikowane organizmy, jak ptaki, kwiaty i ludzie. Darwinowska odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: stwórcza siła, która wyprodukowała skomplikowane rośliny i zwierzęta z jednokomórkowych przodków w ciągu długich okresów czasu w skali geologicznej, jest zasadniczo tym samym mechanizmem, który na naszych oczach wytwarza zróżnicowanie w kwiatach, owadach i zwierzętach domowych. Ernst Mayr, czołowy darwinista, powiedział, że „międzygatunkowa ewolucja [czyli makroewolucja] jest niczym więcej, jak tylko ekstrapolacją i rozszerzeniem procesów, które mają miejsce w populacjach i gatunkach”. Neodarwinowska ewolucja w tym szerokim sensie jest doktryną filozoficzną tak ubogą w empiryczne poparcie, że następca Mayra na Harwardzie, Stephen Jay Gould, ogłosił ją w jakimś momencie nieuwagi jako „praktycznie martwą”. Jednakże neodarwinizm jest daleki od stanu śmierci; wręcz przeciwnie, jest nieprzerwanie nazywany w podręcznikach i w mediach niepodważalnym faktem. Jak to się dzieje, że tylu naukowców i intelektualistów, którzy są dumni ze swojego empiryzmu i braku uprzedzeń, ciągle akceptuje nieempiryczną teorię jako naukowy fakt?

Odpowiedź na to pytanie zawiera się w definicji pięciu kluczowych terminów. Terminy te to kreacjonizm, ewolucja, nauka, religia i prawda. Kiedy zrozumiemy, jak słów tych używa się w ewolucyjnych wywodach, stały wzrost neodarwinizmu nie będzie już tajemnicą i nie musimy być dłużej oszukiwani oświadczeniami, że ta teoria jest poparta „przytłaczającą ilością świadectwa empirycznego”. Muszę jednak na wstępie ostrzec, że precyzyjne posługiwanie się słowami nie jest niewinną i spokojną aktywnością, za jaką większość z nas ją uważa. Zaangażowane są tu silne interesy, które mają szanse przetrwania jedynie w atmosferze dwuznaczności i zamieszania. Ci, którzy domagają się precyzyjnego definiowania terminów i używania ich w konsekwentny sposób, mogą się przekonać, że są traktowani z podejrzliwością i wrogością, a nawet oskarżani o to, że są wrogami nauki. Ale podejmijmy to ryzyko i przejdźmy do definicji.

Pierwsze słowo to kreacjonizm, które oznacza po prostu wiarę w stworzenie. W sensie darwinowskim — a dominuje ono nie tylko w popularnej i profesjonalnej literaturze naukowej, ale również w mediach — kreacjonista to ktoś, kto rozumie przekaz o stworzeniu w Księdze Rodzaju jako prawdziwy w bardzo dosłownym sensie. Ziemia została stworzona w ciągu jednego tygodnia, sześciu 24-godzinnych dniach, nie więcej niż 10 000 lat temu; zasadnicze cechy kolumny geologicznej zostały nadane przez potop Noego; i nie było większych zmian w formach żywych od początku. To jest temat przewodni w darwinowskiej propagandzie, że jedyni ludzie, którzy mają jakieś wątpliwości co do darwinizmu, to kreacjoniści tzw. „młodej Ziemi”, których zawsze przedstawia się jako osoby odrzucające jasne i przekonujące świadectwa nauki, by zachować religijne przesądy. Wynika z tego, że obywatele nowoczesnego społeczeństwa stoją przed wyborem, który naprawdę nie jest żadnym wyborem: albo całkowicie odrzucają naukę i cofają się do przestarzałego światopoglądu, albo wierzą we wszystko, co mówią im darwiniści.

Jednak w szerszym znaczeniu kreacjonista po prostu wierzy w istnienie stwórcy, który powołał do istnienia świat oraz jego mieszkańców, realizując pewien cel. Czy proces stworzenia zajął jeden tydzień, czy miliardy lat, jest mało istotne z filozoficznego czy teologicznego punktu widzenia. Stworzenie poprzez stopniowe procesy w ciągu całych epok geologicznych może rodzić problemy w interpretacji Biblii, ale nie stwarza żadnego problemu dla podstawowej zasady teistycznej religii. A do wiary w stworzenie w tym szerokim sensie, według badania opinii publicznej Gallupa z 1991 roku, przyznaje się 87% Amerykanów. Jeśli Bóg powołał nas do istnienia w jakimś celu, to najważniejszą wiedzą jest wiedza o Bogu i o Jego zamierzeniach wobec nas. Czy stworzenie w tym szerokim sensie jest zgodne z ewolucjonizmem?

Odpowiedź brzmi „absolutnie nie”, jeśli „ewolucję” rozumie się w tym darwinowskim sensie. Dla darwinistów ewolucja oznacza ewolucję naturalistyczną, ponieważ ich zdaniem nauka musi założyć, że kosmos jest zamkniętym systemem materialnych przyczyn i skutków, który nigdy nie może znaleźć się pod wpływem czegokolwiek spoza jej materialnej natury — na przykład Boga. Na początku wybuch subatomowych cząstek stworzył kosmos, a nieukierunkowana naturalistyczna ewolucja stworzyła całą resztę. Z tego filozoficznego stanowiska wynika dedukcyjnie, że od samego początku ewolucją nie kierował żaden inteligentny cel. Jeśli istnieje dzisiaj inteligencja, to tylko dlatego, że sama wyewoluowała dzięki pozbawionym celu materialistycznym procesom.

Materialistyczna teoria ewolucyjna musi z natury rzeczy odwoływać się do dwu rodzajów procesów. U swych podstaw teoria ta musi być oparta na przypadku, ponieważ tylko on pozostaje, kiedy wykluczymy wszystko, co ma coś wspólnego z inteligencją czy celem. Teorie, które odwołują się jedynie do przypadku, nie są jednak wiarygodne. Każdy przyznaje, że żywe organizmy są niezwykle skomplikowane — dużo bardziej niż, powiedzmy, komputer czy samolot. Że takie skomplikowane istoty pojawiły się po prostu przez przypadek, jest wyraźnie mniej wiarygodne niż, że były zaprojektowane i skonstruowane przez jakiegoś stwórcę. Aby poprzeć swoje twierdzenie, że ten inteligentny projekt jest tylko pozorem, darwiniści muszą pokazać jakąś siłę tworzącą komplikację, która jest bezrozumna i bezcelowa. Najwygodniejszym kandydatem jest tutaj dobór naturalny.

Jeśli założymy, że przypadkowe mutacje genetyczne dostarczyły tę nową potrzebną informację, żeby — powiedzmy — pchnąć małego ssaka w kierunku wykształcenia skrzydeł, oraz jeśli założymy, że każdy mały krok w procesie budowania skrzydeł dał temu zwierzęciu zwiększone szanse na przeżycie, to dobór naturalny zapewnia, że te dysponujące przewagą stworzenia przeżywały i reprodukowały się. Z tego logicznie wynika, że skrzydła mogą i pojawią się jakby według planu stworzonego przez jakiegoś projektanta. Oczywiście, jeśli skrzydła lub inne ulepszenia nie pojawiają się, to ta teoria równie dobrze wyjaśnia ich brak. Nie pojawiły się potrzebne mutacje lub jakieś „ograniczenia rozwojowe” zamknęły pewne możliwości albo być może dobór naturalny faworyzował coś innego. Nie ma potrzeby, aby cokolwiek z tej spekulacji zostało potwierdzone przez eksperymentalne lub kopalne świadectwa. Wystarczające potwierdzenie tego, że coś takiego musiało się zdarzyć, stanowi sama możliwość, że darwiniści są w stanie wyobrazić sobie ten proces.

Richard Dawkins nazywa ten proces oparty na mutacjach i selekcji „ślepym zegarmistrzem”, przez co chce on zaznaczyć, że bezcelowa, materialistyczna siła konstrukcyjna jest substytutem boskiego „zegarmistrza” z teologii naturalnej. Siła stwórcza tego ślepego zegarmistrza jest poparta jedynie nieznaczną ilością argumentów, takich jak ta słynna populacja ciem, w której procent przedstawicieli ciemnej odmiany zwiększył się w czasie, kiedy ptaki były w stanie lepiej widzieć jasne ćmy na tle drzew ściemniałych od dymu. Przykład ten może wskazywać, że dobór naturalny jest w stanie coś zrobić, ale nie to, że może stworzyć coś, co do tej pory nie istniało. Jednak tak słabe świadectwo jest bardziej niż wystarczające, ponieważ coś, co jest oczywiste samo przez się, nie potrzebuje żadnych dowodów. Istnienie skutecznego ślepego zegarmistrza wynika dedukcyjnie z filozoficznego założenia, że natura musiała sama dokonać stworzenia. Możemy się spierać o detale, ale jeśli usuniemy Boga z pola widzenia, to coś takiego jak darwinizm musi być po prostu prawdą niezależnie od dowodów.

I to nas prowadzi do następnego terminu —nauka. Jak już widzieliśmy, darwiniści przyjmują, iż zasady naturalizmu całkowicie wyjaśniają historię kosmosu i form życia. Jest to filozoficzna doktryna zwana naukowym naturalizmem. Uznawszy siebie za konieczną konsekwencję wewnątrznaukowych ograniczeń, naukowy naturalizm przekształca ograniczenia nauki w ograniczenia rzeczywistości, aby zmaksymalizować moc wyjaśniającą nauki i uczonych. Oczywiście, można badać organizmy w sposób naukowy wychodząc z założenia, że zostały one stworzone przez Boga, tak samo jak bada się samoloty i dzieła sztuki bez zaprzeczania, że obiekty te zostały inteligentnie zaprojektowane. Problemem wynikającym z uznaniem roli Boga w historii życia nie jest to, że nauka przestałaby istnieć, ale raczej to, że naukowcy musieliby uznać egzystencję czegoś ważnego, co znajduje się poza granicami nauk przyrodniczych. Dla uczonych, którzy chcą wyjaśniać wszystko — a obecnie otwarcie oczekuje się w literaturze naukowej „teorii wszystkiego” — jest to możliwość, której nie mogą znieść.

Następną cechą naukowego naturalizmu, która jest dla nas istotna, to zestaw reguł, zawiadujących krytyką oraz zastępowaniem paradygmatu. Paradygmatem jest ogólna teoria, w rodzaju darwinowskiej teorii ewolucji, która osiągnęła ogólną akceptację w środowisku naukowym. Paradygmat jednoczy różne specjalności, tworzące wspólnotę badawczą, oraz kieruje badaniami w tych wszystkich specjalnościach. Dlatego wszyscy — zoologowie, botanicy, genetycy, biologowie molekularni i paleontologowie — postrzegają swoje badania jako zmierzające do uszczegółowienia darwinowskiego paradygmatu. Jeśli biologowie molekularni stykają się z najwyraźniej neutralnymi mutacjami, które nie mają wpływu na organizm, muszą znaleźć sposób, aby pogodzić swoje odkrycia z wymogiem paradygmatu mówiącym, że dobór naturalny kieruje ewolucją. Mogą to uczynić poprzez postulowanie wystarczającej ilości niewidocznych dostosowawczych mutacji, które mają być zakumulowane poprzez dobór. Podobnie jeśli paleontologowie widzą nowe skamieniałości gatunków, które pojawiają się nagle w zapisie kopalnym i nie zmieniają się zasadniczo od tego momentu, muszą dokonać niezbędnych zniekształceń, aby wcisnąć to oporne świadectwo empiryczne do modelu rosnących zmian poprzez akumulację mikromutacji.

Popieranie paradygmatu może nawet wymagać czegoś, co w innym kontekście byłoby oszustwem. Jak Niles Eldredge szczerze przyznał: „My, paleontologowie, twierdzimy, że historia życia popiera [opowieść o stopniowych zmianach przystosowawczych], cały czas wiedząc, że tak nie jest”1. Eldredge wyjaśnił, że ten wzór fałszywego przedstawiania faktów pojawił się ze względu na „pewność, tak charakterystyczną dla szeregowych ewolucjonistów od późnych lat 1940-tych, nie tylko, że dobór naturalny działa w przyrodzie, ale że wiemy dokładnie, w jaki sposób on działa”. To stworzyło pewien stopień dogmatyzmu, który — jak twierdzi Eldredge — przejawiał się w odsyłaniu w „obszary szaleństwa” paleontologów, którzy donosili, że „zobaczyli niezgodność współczesnej teorii ewolucyjnej ze wzorcem zmiany w zapisie kopalnym”2. W tych okolicznościach rozsądni paleontologowie ze zrozumiałych względów przełknęli swoje wątpliwości i poparli panującą ideologię. Porzucenie tego paradygmatu byłoby opuszczeniem wspólnoty uczonych; ignorowanie paradygmatu i ograniczenie się do jedynie zbierania faktów przyniosłoby im etykietkę „kolekcjonerów znaczków pocztowych”.

Jak wielu filozofów nauki zauważyło, wspólnota badaczy nie porzuca paradygmatu przy braku odpowiedniej alternatywy. Oznacza to, że negatywna krytyka darwinizmu, bez względu na to, jak niszcząca może się wydawać, jest nieistotna dla zawodowych badaczy. Krytyk może na przykład wskazać, że dowody na jakąkolwiek siłę stwórczą doboru naturalnego są znikome lub żadne. Tak w istocie jest, ale dla darwinistów ważniejsze jest następujące pytanie: Jeśli dobór naturalny nie dokonał stworzenia, to co je dokonało? „Bóg” jest oczywiście odpowiedzią niedopuszczalną, ponieważ nauka nie zna takiej istoty. „Nie wiemy” jest równie niedopuszczalne, ponieważ przyznanie się do ignorancji byłoby równoznaczne z pozostawieniem nauki dryfującej bez kierowniczej zasady. Wyrażając to w najbardziej praktyczny sposób: nie można zaproponować lub ocenić propozycji jakiegoś grantu bez ogólnie zaakceptowanej teoretycznej ramy roboczej.

Rządy paradygmatu wyjaśniają, dlaczego przyznanie Goulda, że neodarwinizm jest „praktycznie martwy”, nie wywarło żadnego istotnego skutku na wiernych darwinistach czy choćby na samym Gouldzie. Gould wyraził ten pogląd w pracy, przewidującej pojawienie się nowej ogólnej teorii ewolucji, zasadzającej się na makromutacyjnych spekulacjach genetyka z Berkeley, Richarda Goldschmidta3. Kiedy ta nowa teoria się nie pojawiła, można było albo trzymać się neodarwinizmu w wydaniu Ernsta Mayra, albo przyznać, że biologowie mimo wszystko nie znają żadnego naturalistycznego mechanizmu, który mógłby wyprodukować złożoność organizmów biologicznych. To nie był żaden wybór. Gould musiał się szybko wycofać na pozycje klasycznego darwinizmu, aby uniknąć wspierania wrogów naukowego naturalizmu, w tym tych wstrętnych kreacjonistów.

Przymus obrony za wszelką cenę martwej teorii nie może być satysfakcjonującym zajęciem, nic więc dziwnego, że Gould siecze z furią ludzi takich jak ja, którzy zwracają uwagę na jego niewygodną sytuację4. Jednak nie leży w moich intencjach wyśmiewanie Goulda, ponieważ mam w poważaniu człowieka, który jako jeden z niewielu darwinistów dostrzegł poważne problemy tej teorii i uczciwie je ogłosił. Jego tragedia polega na tym, że nie może on uznać wyraźnych implikacji swoich własnych przemyśleń, gdyż musiałby zrezygnować z nauki.

Ciągłe utrzymywanie się przy życiu ortodoksyjnych darwinistów ilustruje znana uwaga Thomasa S. Kuhna, że gromadzenie anomalii samo w sobie nigdy nie sfalsyfikuje paradygmatu, ponieważ „Odrzucenie paradygmatu bez jednoczesnego zastąpienia go innym paradygmatem jest równoznaczne z porzuceniem samej nauki”5. Taka praktyka może być odpowiednia dla profesjonalnego przedsięwzięcia zwanego nauką, ale może być bardzo zwodnicza, kiedy się ją narzuci osobom zadających inne pytania niż te, które naukowi naturaliści chcą zadawać. Załóżmy na przykład, że chcę wiedzieć, czy Bóg naprawdę miał coś wspólnego ze stworzeniem żywych organizmów. Typową reakcją darwinisty jest, że nie ma potrzeby przywoływania jakiegoś ponadnaturalnego działania, ponieważ dobór darwinowski jest w stanie wypełnić to zadanie. Aby przekonać się, czy taka odpowiedź jest zgodna z prawdą, muszę wiedzieć, czy selekcja naturalna naprawdę ma tę fantastyczną siłę stwórczą, którą się jej przypisuje. Nie wystarczy twierdzić, że naukowcy nie mają niczego lepszego do zaoferowania. Fakt, że naukowcy nie lubią mówić „nie wiemy”, nie mówi mi nic o tym, co oni naprawdę wiedzą.

Nie sugeruję, że naukowcy muszą zmienić reguły utrzymywania i odrzucania paradygmatów. Wszystko, czego od nich chcę, to to, aby byli szczerzy na temat niezgodnego świadectwa i przyznali się, jeśli to prawda, że trzymają się darwinizmu tylko dlatego, ponieważ wolą chwiejną teorię niż żadną. Oni jednak nalegają, by przedstawiać publicznie darwinowski ewolucjonizm jako fakt, który każdy racjonalny człowiek powinien zaakceptować. Jeśli mamy rozsądne podstawy, aby wątpić w tę teorię, taki dogmatyzm jest śmieszny, bez względu na to, czy ci, którzy mają te wątpliwości, proponują lepszą teorię czy nie.

Dla tych, którzy wierzą w stworzenie, darwiniści wydają się zupełnie nietolerancyjni i dogmatyczni, kiedy nalegają, by ich własna filozofia miała monopol w szkołach i w mediach. Darwiniści, oczywiście, nie postrzegają siebie w ten sposób. Przeciwnie, często czują się dotknięci, kiedy kreacjoniści (w szerokim lub w wąskim znaczeniu tego słowa) domagają się, aby ich argumenty były publicznie przedstawiane i uczciwie rozważane. W ich przekonaniu nauczanie dzieci w szkołach, że darwinowski ewolucjonizm jest faktem, w istocie jest jedynie ochroną spójności naukowego wykształcenia; prezentowanie drugiej strony byłoby przyzwoleniem dla fanatyków, aby mogli narzucać swoje przekonania innym. Profesorom w szkołach wyższych zabrania się wyrażania wątpliwości na temat ewolucjonizmu darwinowskiego i — jak się wydaje — powszechnie wierzy się, że Konstytucja [amerykańska] nie tylko pozwala, ale właściwie wymaga takiego ograniczenia wolności akademickiej. Aby wyjaśnić tę przedziwną sytuację, musimy zdefiniować nasz czwarty termin: religia.

Przypuśćmy, że jakiś sceptyk odkrywa brak świadectwa na rzecz tezy o powstaniu organizmów żywych poprzez dobór naturalny i argumentuje, że w tej sytuacji powinniśmy poważnie rozważyć możliwość, że powstanie i rozwój życia wymagały działania wcześniej istniejącego, posiadającego plan i cel, stwórcy. Dla naukowych naturalistów jest to sugestia „kreacjonistyczna” i dlatego nie do przyjęcia z samej zasady, ponieważ przywołuje istotę nieznaną nauce. Co gorsza, sugeruje ona możliwość, że ten stwórca mógł w jakiś sposób komunikować się z ludźmi. W takim przypadku mogliby istnieć jacyś prorocy — osoby z prawdziwą wiedzą o Bogu, którzy nie są ani oszustami, ani fantastami. Takie osoby mogłyby być niebezpiecznymi rywalami dla naukowców jako kulturowe autorytety.

Naturalistyczna filozofia wypracowała strategię zapobiegającą powstawaniu takiego problemu: nazywa naturalizm nauką, a teizm — religią. Ten pierwszy jest więc klasyfikowany jako wiedza, a ten drugi jako tylko wiara. To rozróżnienie ma istotne znaczenie, ponieważ jedynie wiedza może być obiektywnie prawdziwa dla każdego; wiara jest prawdziwa jedynie dla wierzącego i nie powinno się jej nigdy przedstawiać jako wiedzy. Uczeń, który myśli, że 2 dodać 2 równa się 5 lub że woda nie składa się z wodoru i tlenu, albo że teoria ewolucji nie jest prawdziwa, nie wyraża poglądów mniejszości. On jest po prostu ignorantem, a zadaniem edukacji jest leczenie tej ignorancji i zastępowanie jej wiedzą. Uczniowie szkół państwowych mają więc być nauczani od najmłodszych lat, że „ewolucja jest faktem” i z upływem czasu stopniowo dowiadują się, że ewolucjonizm jest naturalizmem.

Mówiąc krótko, propozycja, że Bóg był w jakikolwiek sposób zamieszany w powstanie świata, jest skutecznie wyjęta spod prawa i milcząco negowana. Jest tak dlatego, ponieważ naturalistyczny ewolucjonizm z definicji należy do wiedzy naukowej. A co zaprzecza wiedzy, jest — jak się rozumie — fałszem lub zmyśleniem. Dlatego naukowi naturaliści mogą twierdzić w dobrej wierze zarówno to, że ich nauka nie mówi nic o Bogu, jak i to, że mówi ona wszystko to, co o Bogu można powiedzieć. W naturalistycznej filozofii oba te twierdzenia są w istocie identyczne. Wszystko, co należy powiedzieć o Bogu, to tyle, że niczego nie można o Nim powiedzieć, ponieważ na ten temat nie możemy mieć żadnej wiedzy.

Naszym piątym i ostatnim terminem jest prawda. Prawda jako taka nie jest szczególnie ważnym pojęciem w naturalistycznej filozofii. Przyczyną jest to, że „prawda” sugeruje jakiś niezmienny absolut, podczas gdy wiedza naukowa ma charakter dynamiczny. Tak jak życie, wiedza ewoluuje i wzrasta do wyższych form. Co było wiedzą w przeszłości, nie jest wiedzą dzisiaj, a wiedza przyszłości z pewnością przerośnie wiedzę dzisiejszą. Absolutny charakter ma tylko sam naturalizm i jedyna w swoim rodzaju rola nauki jako drogi do wiedzy. Nie istnieją kryteria prawdy poza wiedzą naukową, nie mamy dostępu do myśli Boga.

Ten sposób rozumienia sprawy obowiązuje nawet wtedy, kiedy naukowi naturaliści używają języka brzmiącego jak język religii. Na przykład fizyk, Stephen Hawking zakończył znaną książkę Krótka historia czasu przewidywaniem, że człowiek mógłby pewnego dnia „poznać myśli Boga”6. To zdanie spowodowało, że niektórzy z moich przyjaciół nabrali błędnego wrażenia, że teistyczna religia była dla niego do pewnego stopnia atrakcyjna. Kontekst jednak świadczy, że Hawking nie odnosił się do ponadnaturalnej wiecznej istoty, ale do możliwości, że wiedza naukowa ostatecznie stanie się kompletna i wszechogarniająca, ponieważ wyjaśni ruchy cząstek materialnych we wszystkich okolicznościach.

Monopol nauki w dziedzinie poznania wyjaśnia, dlaczego biolodzy ewolucyjni nie uważają za sensowne zadawanie pytania, czy teoria darwinowska jest prawdziwa. Chętnie przyznają, że teoria ta jest niekompletna i że potrzebne są dalsze badania mechanizmów ewolucji. Jednak w dowolnym momencie stan wiedzy naukowej o tym, jak powstaliśmy, przedstawia panująca teoria naturalistycznej ewolucji. Wiedza naukowa z definicji jest najbliższym dostępnym dla nas przybliżeniem prawdy absolutnej. Pytanie, czy ta wiedza jest prawdziwa, jest zatem nieporozumieniem i zdradza, że nie rozumiemy „jak funkcjonuje nauka”.

Jak dotąd opisałem metafizyczne kategorie, za pomocą których naukowi naturaliści wykluczyli temat Boga z racjonalnej dyskusji i zapewnili z definicji prawdziwość w pełni naturalistycznej historii stworzenia. Nie trzeba wyjaśniać, dlaczego ten system kontroli umysłu jest ateistom tak bliski. Nieco trudniej można zrozumieć, przynajmniej na pierwszy rzut oka, tak duże wsparcie, jakie darwinizm ciągle otrzymuje w chrześcijańskich kręgach akademickich. Wielu czołowych chrześcijańskich profesorów nauk przyrodniczych i filozofii nawet w instytucjach, które ogólnie uważa się za teologicznie konserwatywne, ujawnia niewielki entuzjazm do prób zbadania wiarygodności darwinowskiej historii ewolucyjnej. Ponieważ darwinizm jest naturalistyczny z natury rzeczy, a przez to sprzeczny z ideą, że Bóg miał cokolwiek do powiedzenia w historii życia, i ponieważ odgrywa główną rolę w utrzymaniu dominacji agnostycyzmu w kulturze intelektualnej, można by przypuszczać, że intelektualiści chrześcijańscy (jak też żydowscy) chcieliby znaleźć jego słabe punkty.

Tymczasem panującym poglądem wśród chrześcijańskich profesorów jest, że darwinizm — lub „ewolucjonizm”, jak wolą go nazywać — jest niepodważalny i że można go zinterpretować zgodnie z wiarą chrześcijańską. I rzeczywiście, darwinizm jest niepodważalny tak długo jak długo akceptujemy kategorie myślowe naturalizmu naukowego, które wcześniej opisałem. Powstaje jednak problem, że te same kategorie myślowe czynią teizm chrześcijański, czy jakikolwiek inny, absolutnie nie do utrzymania. Jeśli nauka ma wyłączny autorytet, by nam mówić, w jaki sposób powstało życie, jeśli nauka jest zaangażowana po stronie naturalizmu i jeśli nauka nigdy nie porzuca paradygmatu, zanim może zaprezentować jakąś naturalistyczną alternatywę, to darwinizmu ma zagwarantowane miejsce w świecie nauki. Jednak to samo rozumowanie, czyniące darwinizm czymś nie do uniknięcia, również wyklucza Boga z udziału w jakimkolwiek działaniu w historii kosmosu, co oznacza, że teizm jest złudzeniem. Teistyczny naturalizm jest wewnętrznie sprzeczny.

Niektórzy mają nadzieję na uniknięcie tej sprzeczności poprzez stwierdzenie, że naturalizm obowiązuje jedynie w nauce i że teizm może kwitnąć w odrębnej dziedzinie zwanej „religią”. Rozwiązanie to ma ten kłopot, jak już zobaczyliśmy, że w naturalistycznej kulturze naukowe wnioski uważa się za wiedzę lub nawet za fakt. To, co znajduje się poza faktem, jest fantazją lub w najlepszym przypadku subiektywną wiarą. Dlatego teiści, którzy przyjmują naukowy naturalizm, nie mogą nigdy stwierdzić, że ich Bóg jest realny w tym samym sensie, co ewolucja. Jest to istotna zasada dla mentalności, której wytworem jest darwinizm. Jeśli Bóg istnieje, to mógł z pewnością działać poprzez mutacje i dobór, gdyby tego chciał, ale mógł również stwarzać sposobami spoza zasięgu nauki. Jednak kiedy uwzględniamy Boga, nie ma właściwie dobrego powodu, żeby przypisywać powstanie biologicznej złożoności przypadkowym mutacjom i doborowi naturalnemu. Nie znajdujemy w przyrodzie, w badaniach laboratoryjnych czy w zapisie kopalnym bezpośredniego świadectwa na to, że te mechanizmy mają jakąkolwiek istotną stwórczą moc. Ważnym krokiem w rozumowaniu ustanawiającym, że dobór darwinowski wytworzył cuda biologii, jest zatem to, że niczym innym nie dysponujemy. Teizm jednak jest z definicji doktryną mówiącą, że mamy coś innego pod ręką.

Być może trudno dostrzec tę sprzeczność, kiedy się ją sformułuje na abstrakcyjnym poziomie, spróbuję więc przedstawić bardziej konkretny przykład. Doświadczenie mi mówi, że obrońcy kompromisu, zwanego „teistycznym ewolucjonizmem”, zawsze niejasno rozumieją „ewolucję”. I mają do tego dobry powód. Jak widzieliśmy, ewolucja darwinowska jest z definicji bezplanowa i bezcelowa, a takiej ewolucji w żaden rozsądny sposób nie można nazwać teistyczną. Aby ewolucja naprawdę miała charakter teistyczny, musi być kierowana przez Boga, czy to będzie oznaczało, że Bóg zaprogramował cały proces z góry, czy też, że interweniował od czasu do czasu, by pchnąć ten proces na właściwą drogę. Dla darwinistów ewolucja kierowana przez Boga jest łagodną wersją kreacjonizmu, czyli nie jest w ogóle ewolucją. Powtarzam, że to rozumienie dotyczy samego sedna myśli darwinowskiej. Jeśli pozwolimy, by nadnaturalna inteligencja kierowała ewolucją, to ta wszechmocna istota będzie mogła robić dużo więcej.

Oczywiście, teiści mogą myśleć o ewolucji jako kierowanej przez Boga bez względu na to, czy to się naturalistycznym darwinistom podoba. Problem dla teistów z tą ich prywatną definicją ewolucji polega jednak na tym, że to naukowi naturaliści rozstrzygają, co termin „ewolucja” znaczy w publicznej dyskusji, włączając to, czego się uczy w publicznych szkołach. Jeśli teistyczni ewolucjoniści rozpowszechniają informację, że ewolucja, tak jak oni ją rozumieją, jest nieszkodliwa dla teistycznej religii, to zwodzą oni swoich zwolenników, chyba że wyraźnie ostrzegą, że wersja ewolucji broniona przez ogół głównego nurtu nauki jest czymś zupełnie innym. Jednak takie ostrzeżenie nigdy się nie pojawia, ponieważ głównym celem teistycznego ewolucjonizmu jest uniknięcie starcia z ogółem naukowej społeczności. Dlatego teistyczni ewolucjoniści nieświadomie są narzędziem naukowych naturalistów, gdy pomagają przekonać kręgi religijne, by zmniejszyły one gotowość obrony przed naturalizmem.

Możemy teraz odpowiedzieć na pytanie, od którego zaczęliśmy ten esej. Co to jest darwinizm? Darwinizm jest teorią empirycznej nauki tylko na poziomie mikroewolucji, gdzie dostarcza wyjaśnienia takich rzeczy jak różnorodność, która powstaje, kiedy mała populacja reprodukuje się w izolacji od reszty gatunku. Jako ogólna teoria pochodzenia biologicznego darwinizm nie ma w ogóle empirycznego charakteru. Jest raczej koniecznym wnioskiem z filozoficznej doktryny zwanej naukowym naturalizmem, który opiera się na apriorycznym założeniu, że Bóg nie był nigdy obecny w świecie przyrody. W takiej formie ewolucjonizm w sensie darwinowskim jest z natury rzeczy antytezą teizmu, jakkolwiek ewolucja w jakimś zupełnie innym i nienaturalistycznym sensie mogłaby być metodą wybraną przez Boga w dziele stworzenia.

W 1874 roku wielki prezbiteriański teolog, Charles Hodge, zadał to samo pytanie, które ja zadaję: co to jest darwinizm? Po ostrożnym i uczciwym rozważeniu tej doktryny, jego odpowiedź była niedwuznaczna: „to jest ateizm”. Mówiąc inaczej, darwinizm jest odpowiedzią na szczególne pytanie, wywodzące się z filozoficznego naturalizmu. Wracając do gry „Va banque”, o której pisałem na początku, załóżmy, że darwinizm jest odpowiedzią. Jak wobec tego będzie brzmiało pytanie? Brzmi ono tak: „W jaki sposób musiały powstać rozmaite formy życia, jeśli założymy, że Bóg nie miał z tym nic wspólnego?” Teistyczni ewolucjoniści niewiele osiągają, próbując „ochrzcić” odpowiedź na pytanie, pochodzące bezpośrednio z programu naukowego naturalizmu. Zamiast tego powinniśmy krytycznie spojrzeć na założenie, że jedynymi pytaniami, które warto zadawać, są te, które zakładają prawdziwość naturalizmu.

Phillip E. Johnson

Oryginał: What Is Darwinism?, w: M. Bauman (ed.), Man and Creation. Perspectives on Science and Theology, ed. M. Bauman, Hillsdale 1993, s. 177-190.

 

Przekład z języka angielskiego: Kazimierz Jodkowski

Źródło zdjęcia: Evolution News

Ostatnia aktualizacja strony: 28.10.2020

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przypisy

  1. Por. N. Eldredge, Time Frames, Princeton 1986, s. 144.
  2. Eldredge, Time Frames, s. 93.
  3. Por. S.J. Gould, Is a New and General Theory of Evolution Emerging?, „Paleobiology” 1980, Vol. 6, s. 119-130; przedr. w: M. Smith (ed.), Evolution Now: A Century After Darwin, London 1982.
  4. Por. S.J. Gould, „Impeaching a Self-Appointed Judge”, „Scientific American” 1992 (July), s. 118-122. „Scientific American” odmówił opublikowania mojej odpowiedzi na ten atak, ale odpowiedź pojawiła się w magazynie wydawanym przez American Scientific Affiliation pt. „Perspectives on Science and Christian Faith” z maja 1993 roku.
  5. T.S. Kuhn, Struktura rewolucji naukowych, Warszawa 1968, s. 96 (oryginał: The Structure of Scientific Revolutions, 2nd edition, Chicago 1970, s. 79).
  6. Przyp. tłumacza: „Gdy odkryjemy kompletną teorię, z biegiem czasu stanie się ona zrozumiała dla szerokich kręgów społeczeństwa, nie tylko paru naukowców. Wtedy wszyscy, zarówno naukowcy i filozofowie, jak i zwykli, szarzy ludzie, będą mogli wziąć udział w dyskusji nad problemem, dlaczego Wszechświat i my sami istniejemy. Gdy znajdziemy odpowiedź na to pytanie, będzie to ostateczny tryumf ludzkiej inteligencji — poznamy wtedy bowiem myśli Boga” (S.W. Hawking, Krótka historia czasu. Od wielkiego wybuchu do czarnych dziur, Warszawa 1993, s. 161).

Literatura:

  1. Eldredge N., Time Frames, Princeton 1986.
  2. Gould S.J., Is a New and General Theory of Evolution Emerging?, „Paleobiology” 1980, Vol. 6, s. 119-130.
  3. Gould S.J., Impeaching a Self-Appointed Judge, „Scientific American” 1992 (July), s. 118-122.
  4. Kuhn T.S., Struktura rewolucji naukowych, PWN 1968.
  5. Smith M. ed., Evolution Now: A Century After Darwin, London 1982.

 

Dodaj komentarz



Najnowsze wpisy

Najczęściej oglądane wpisy

Wybrane tagi